Zeze zostaje odesłany do wujostwa.
Teoretycznie dostaje olbrzymią szansę na nowe, lepsze życie, dla mnie jednak
oznacza to tylko tyle, że rodzina przede wszystkim chciała się go pozbyć, bo sprawiał
tyle problemów. Zresztą o jego prawdziwej rodzinie, poza urywkowymi
wspomnieniami, nie ma praktycznie nic, a to milczenie jest wymowniejsze niż
milion słów. Jaka jest nowa rodzina Zeze? Chociaż nazywa swoich przybranych rodziców
tatą i mamą, to są oni zamożni, ale zimni i z ogromnymi ambicjami. Zeze uczęszcza
do elitarnego gimnazjum prowadzonego przez zakonników, przed i po szkole ćwiczy
zaś grę na fortepianie zaspokajając ambicje swojej nowej matki. To, co miało być
przyjemnością jest okropnym obowiązkiem, który jest coraz bardziej nienawidzony
przez chłopca. Tata jest odległym, zapracowanym lekarzem, który nie ma czasu na
przytulenie, całusa i rozmowę przed pójściem do łóżka, a to jest to, na czym najbardziej
zależy Zeze. Mimo biegnących lat, marzenia chłopca wcale się nie zmieniły – dalej
pragnie odrobinę czułości. Okazuje się, że rodziny, w których pieniądze nie stanowią problemu,
także toczone są przez robaka bezduszności i obojętności, chorują na brak
miłości i puste serca.
Jakże radzi sobie samotny Zeze w tej sytuacji?
Znajduje wyimaginowanych przyjaciół. Jak zwykle. Jednym z nich jest ropucha o
imieniu Adam, która wnika w miejsce jego serca i towarzyszy mu na codziennie pomagając
w rozwiązywaniu wielu dylematów. Jako że Zeze nadal jest pasjonatem kina, to za
drugiego przyjaciela wybrał sobie Maurice’a Chevaliera, aktora filmowego, który
zastępuje mu ojca. On to bowiem po pracowitym dniu przychodzi do jego pokoju i
z nim rozmawia, okazuje mu sympatię i obdarza czułością. Bolesne? Bardzo.
Każdy rozdział jest opisem kolejnej psoty, którą
wymyślił Zeze, kolejnej kary, kolejnej rozpaczy. Będąc najmłodszym uczniem Zeze
wykazuje się nieograniczoną fantazją, która wprowadza sporo zamieszania w
szkolne życie i doprowadza do rozpaczy niejednego zakonnika. Na szczęście w
szkole znajduje przyjaciela, który nie tylko widzi piękną duszę młodego Zeze,
ale także potrafi przytulić go do serca – to ojciec Fayolle.
„Rozpalmy słońce” mogłaby być kolejną doskonałą
książką Vasconcelosa, gdyby była o połowę krótsza. Naprawdę było konieczne
wprowadzanie opisów tych wszystkich psot? Kolejny rozdział, kolejny figiel,
kolejna sprawa, która niewiele nowego wnosiła do obrazu całości. Po dziesiątym
rozdziale było to wręcz nużące. Już wcześniej przecież średnio inteligentny
czytelnik zdołał zrozumieć jak bardzo samotny i niezrozumiany był Zeze, również
to, jak bardzo cierpiał. Czasami mniej znaczy więcej. Książce brakuje świeżości,
tego czaru z „Mojego drzewka pomarańczowego”, co powodowało, że nie czytało się jej ze ściśniętym sercem i zapartym tchem. Miałam wrażenie, że po prostu jest
przegadana. Są oczywiście momenty, które powodują, że potrafi ona ogrzać zziębnięte
serce, są to szczególnie te chwile, które dotyczą ojca Fayolle i Zeze, ale tym
razem to nie wystarczyło, aby mnie zachwycić, aby mną wstrząsnąć po raz drugi. Książka zostawiła mnie letnią. W
tym wypadku odnoszę wrażenie, że czasami pewne historie nie powinny mieć
kontynuacji, aby nie spłaszczać całej wymowy.
Z rozpędu
przeczytałam ostatnią część historii o samotnym chłopcu Zeze - “Na rozstajach”.
Sięgnęłam po nią z nadzieją, bo była krótka. O tym jednak następnym razem.
____________
José Mauro de Vasconcelos, Rozpalmy słońce, przeł. Teresa Tomczyńska, Muza, Warszawa 2008, s.
303.
-----------------------
Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Literacka Ameryka Południowa, Z literą w tle, Z półki - 2013.

Znowu autor, o którym nie słyszałam. Problematyka wydaje się ciekawa, chociaż jeśli są opisy, które uznałaś za niepotrzebne, to raczej na razie nie będę po książkę sięgała.
OdpowiedzUsuńPostanowilam sie poplatac troche po ameryce Poludniowej i zawitalam do Brazylii. Ksiazki tego autora juz od jakiegos czasu goszcza na mojej polce. Z calego serca polecam "moje drzewko pomaranczowe", o ktorej pisalam post wczesniej.
UsuńNie wiedziałam, że książka ma kontynuację...
OdpowiedzUsuńJuz niedlugo napisze pare slow o czesci trzeciej.
UsuńKurcze znięchęcaja mnie te długaśne opisy, ponieważ nie przepadam za czymś takim, ale być może książka warta jest troche pomeczenia sie.
OdpowiedzUsuńTo nie sa dlugasne opisy, raczej powtarzany szablon niemal kazdego rozdzialu. Mialam przesyt. Z pewnoscia warto siegnac po pierwsza czesc historii, ktora goraco polecam.
UsuńPierwszą część czyli "Moje drzewko pomarańczowe" mam w planach i dopiero po lekturze zdecyduję czy sięgnąć także po "Rozpalmy słońce". :)
OdpowiedzUsuńZycze zatem milej lektury.
Usuń