Mała, niepozorna książka stylizowana na wysłużony
niebieski zeszyt w szerokie linie (pamięta ktoś jeszcze taki?), a na jej
stronach zawarta tragedia ludu besarabskiego. Ludu niezwykłego, bo jest on
mieszanką złożoną z Ukraińców, Rosjan, Mołdawian, Żydów i Bułgarów. Wśród nich w
małej miejscowości Kotłowina położonej
pomiędzy Dunajem a mokradłami żyje Fiodor Pietrowicz Pokora zajmujący się
strzyżeniem – goleniem. To z jego punktu
widzenia dowiadujemy się, co się stało, gdy w 1940 roku Mateczka Rosja
wchłonęła Besarabię. Językiem
stylizowanym na besarabski (brawa dla tłumacza, który wykonał świetną robotę!)
opowiada nam o wkroczeniu wojsk radzieckich i powstaniu nowej władzy. Fiodor
Pietrowicz później mowi o tym: A los, jak
i wszystkim tutejszym ludzion, jeden był pisany. Jeden dla wszystkich czarną twarzą się odwrócił i na kraj nasz, od Dunaju do Dniestra , czarnym okiem
łypnął… Oddechem mogilnym chuchnął…
Sporo ludzi ucieklo, sam Fiodor Pietrowicz
został nie chcąc opuszczać swoich rodzinnych stron, wierzył, że nic złego mu
się nie stanie. Jeszcze wtedy w to wierzył…
Każdy robił co mógł, aby przypodobać się naczalnikowi i mu się nie narazić. Sama władza radziła
sobie również niezgorzej biorąc, co w ich mniemaniu im się należało lub
wymuszając „prezenty” czy innego rodzaju korzyści, niekoniecznie majątkowe. Kto
żył pod zwierzchnictwem Związku Radzieckiego ten pamięta, jak to dokładnie
wyglądało. Wielkie zmiany, początkowo przyjmowane z entuzjazmem, okazaly się
katastrofalne dla ludności, której wydłużono dzień pracy, zażądano kontrybucji
na rzecz Związku Radzieckiego. Wszyscy
mieli być panami i każdy miał mieć równo, znamy to z autopsji, prawda? Karmiono
ich tylko nadzieją i pustymi słowami, a na stolach zaczęło brakować mamałygi.
Poczatkowo Fiofor Pietrowicz opowiada to lekkimi słowami, często zabarwionymi swoistym poczuciem humoru,
więc nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo było źle. Aż do momentu kiedy Fiodor
Pietrowicz wspomina swoja poranną, roboczą, z nazwy tylko
„przyjacielską” wizytę u naczalnika:
Z miłą chęcią trzasnąłbym parę blinów. Nic to, że bez kawioru, że przypalone –
trzasnąłbym i już. No bo jak tu nie trzasnąć, skoro z rana mamałygi kawalek
wodą z Dunaju popiłem, a zanim się przez cale miasto przedostałem, orkiestra
marynarzy z flotylli w Tuczkowie w moich
kiszkach trąbki swoje stroić zaczęła.
Idzie głód i dochodzi do wielkiej tragedii, której
świadkiem jest Fiodor Pietrowicz.
Ile zostaje człowieka w człowieku, który zostaje
doprowadzony do ostateczności? Czy w takich sytuacjach myślimy tylko o sobie,
czy pamiętamy o innych? Czy zawsze
chodzi tylko o to, aby przeżyć, mimo wszystko i za wszelką cenę? To tylko niektóre
z pytań, z którymi zostawił mnie „Świadek”,
a które można wyczytać między wierszami.
Wstrząsająca to lektura, niedająca wiary ani
nadziei na lepsze jutro.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Za Twój czas i każde pozostawione słowo bardzo dziękuję :)