niedziela, 29 lipca 2012

ŚWIADEK, ILJA MITROFANOW


Mała, niepozorna książka stylizowana na wysłużony niebieski zeszyt w szerokie linie (pamięta ktoś jeszcze taki?), a na jej stronach zawarta tragedia ludu besarabskiego. Ludu niezwykłego, bo jest on mieszanką złożoną z Ukraińców, Rosjan, Mołdawian, Żydów i Bułgarów. Wśród nich w małej miejscowości Kotłowina  położonej pomiędzy Dunajem a mokradłami żyje Fiodor Pietrowicz Pokora zajmujący się strzyżeniem – goleniem.  To z jego punktu widzenia dowiadujemy się, co się stało, gdy w 1940 roku Mateczka Rosja wchłonęła Besarabię.  Językiem stylizowanym na besarabski (brawa dla tłumacza, który wykonał świetną robotę!) opowiada nam o wkroczeniu wojsk radzieckich i powstaniu nowej władzy. Fiodor Pietrowicz później mowi o tym: A los, jak i wszystkim tutejszym ludzion, jeden był pisany. Jeden dla wszystkich czarną twarzą się odwrócił i na kraj nasz, od Dunaju do Dniestra , czarnym okiem łypnął… Oddechem mogilnym chuchnął…
Sporo ludzi ucieklo, sam Fiodor Pietrowicz został nie chcąc opuszczać swoich rodzinnych stron, wierzył, że nic złego mu się nie stanie. Jeszcze wtedy w to wierzył…
Każdy robił co mógł, aby przypodobać się naczalnikowi  i mu się nie narazić. Sama władza radziła sobie również niezgorzej biorąc, co w ich mniemaniu im się należało lub wymuszając „prezenty” czy innego rodzaju korzyści, niekoniecznie majątkowe. Kto żył pod zwierzchnictwem Związku Radzieckiego ten pamięta, jak to dokładnie wyglądało. Wielkie zmiany, początkowo przyjmowane z entuzjazmem, okazaly się katastrofalne dla ludności, której wydłużono dzień pracy, zażądano kontrybucji na rzecz Związku Radzieckiego.  Wszyscy mieli być panami i każdy miał mieć równo, znamy to z autopsji, prawda? Karmiono ich tylko nadzieją i pustymi słowami, a na stolach zaczęło brakować mamałygi. Poczatkowo Fiofor Pietrowicz opowiada to lekkimi słowami, często zabarwionymi swoistym poczuciem humoru, więc nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo było źle. Aż do momentu kiedy Fiodor Pietrowicz wspomina swoja poranną, roboczą, z nazwy tylko „przyjacielską” wizytę u naczalnika:
Z miłą chęcią trzasnąłbym parę blinów. Nic to, że bez kawioru, że przypalone – trzasnąłbym i już. No bo jak tu nie trzasnąć, skoro z rana mamałygi kawalek wodą z Dunaju popiłem, a zanim się przez cale miasto przedostałem, orkiestra marynarzy z flotylli w Tuczkowie  w moich kiszkach trąbki swoje stroić zaczęła.
Idzie głód i dochodzi do wielkiej tragedii, której świadkiem jest Fiodor Pietrowicz.

Ile zostaje człowieka w człowieku, który zostaje doprowadzony do ostateczności? Czy w takich sytuacjach myślimy tylko o sobie, czy pamiętamy o innych?  Czy zawsze chodzi tylko o to, aby przeżyć, mimo wszystko i za wszelką cenę? To tylko niektóre z pytań, z którymi zostawił  mnie „Świadek”, a które można wyczytać między wierszami.

Wstrząsająca to lektura, niedająca wiary ani nadziei na lepsze jutro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za Twój czas i każde pozostawione słowo bardzo dziękuję :)